Łukasz Jarosz „Rzecz jasna”, Biblioteka Śląska, Katowice 2025
"Jadę pisać." - wyobrażam sobie jego myśl. Ten tom to wiersze napisane podczas pobytu w Willi Decjusza w Krakowie w ramach Wyszehradzkich Rezydencji Literackich. Zatem był taki moment, że poeta spakował się i ruszył. Tymczasem w pierwszym wierszu pojawia się odgłos GPS (typowy, gdy nie skasujemy poprzedniej trasy) – "zawróć". Czytam to tak, że świat stawia opór, niekoniecznie "sam wchodzi w wiersze". Pisanie to praca, żmudna i rzemieślnicza, tylko czasem epifania. Trzeba pokonać ten opór.
Jarosz sam siebie określa jako "wierszorób". Wykształcił u siebie nawyk, by każdą chwilę filtrować pod kątem przydatności poetyckiej. Wie, że potrzebna mu samotność, pewna obcość wobec świata. I już - jest wiersz - zapis chwili. Tysiące ludzi żyją bez potrzeby własnej refleksji. A to przecież działa i tak: chęć napisania dobrego wiersza, wymusza na człowieku jakiś ruch, jakąś podróż, jakieś spotkanie. Wiersze same się nie napiszą, trzeba najpierw je przeżyć. Zatem jest to wspaniały nawyk, kształtujący niebanalne życie.
Poeta stawia sprawy jasno. Dokładnie wszystko objaśnia: "Wymyślając świat, przemykam zgarbiony, jakbym wychodził z kina - kuląc się, by innym nie zasłaniać obrazu."; "(…) długo szukam prostych słów na nazwanie tego, co zawiłe."; "Moim celem jest opisanie świata, jego zrozumienie. Piszę niebo, choć dziś pochmurno, piszę śmierć, chociaż żyję."
Towarzyszy mu poczucie nieprzystawania. "Tak zbędny, że mogłoby mnie tu nie być." Trochę deprecjonuje siebie z plecaczkiem, bazgrołami, długopisikiem, by nagle nadać sobie pozycję kogoś, kto prowadzi za rękę Boga. Boga, któremu szepcze: "Zobacz, co zrobiłeś."
Świat nie jawi mu się przesadnie pięknie. Bierze do siebie napis na tablicy ze ścieżki edukacyjnej "Mieszkańcy martwego drzewa". Świat wydaje mu się nierzeczywisty i właśnie dlatego może w nim żyć. Wypełnia obowiązki żywego, "choć w buncie i gniewie". Czuje, i dystans do siebie, i dystans wobec innych. Wielu go zawiodło, zatem pozbył się złudzeń: "Nie ma tamtych rąk, jezior, Boga. Szkołę, która była (…) wakacyjnym schroniskiem, zlikwidowano, a następnie wyremontowano na piękny, biało lśniący w słońcu szpital psychiatryczny.”
Zachwyciłem się wierszem „Polichromia”: "Tak długo poruszałem jeden i ten sam problem, aż ostatecznie stał się nieprawdopodobny, nierealny i był już na koniec kłamstwem. Bić, kopać, zabijać - choć tylko w wyobraźni - tylko na to mnie było stać. Stałem więc i patrzyłem na to, co dzieje się z moimi słowami - bezwiednie wybiegały z ust, jak ptaki wzlatywały ponad dachy i drzewa, aż roztopiły się niewidzialne w wysokim powietrzu." Tak trzeba pisać o własnym chorym gniewie, bezradności, zawiści.
„Żyj, miej otwarty umysł, uważność na to, co ci się przytrafia” - zdaje się mówić każdym wierszem. Te wiersze są zwykle podobne do siebie. Jest w nich konkret, coś co odbiera się zmysłami, często ruch, coś co się wydarzyło i teraz żyje w naszej głowie.
Jarosz umiejscawia swój podmiot liryczny w przyrodzie, w otoczeniu. Porównuje, dopisuje, precyzuje. "Świt ciepły i gładki jak filcowy kapelusz.", "(…) trwa cicha harówka jesieni - szperanie w przeszłości i świetle." Ten nagi świat, bez osłon - często wydaje mu się obcy, czuje się oszukany, niepewny: "W czaszce krowy pełga ślimak. Gdyby miał na sobie muszlę - pewnie nie byłby tak odpychający." Ale umie w tym świecie się odnaleźć i jest szczęśliwy: "Przekochana noc, przewiosłowany dzień."
Drogą do szczęścia jest wyobraźnia, która pozwala mu w bajkowy sposób widzieć rzeczywistość "zobaczyłem, jak ona płynie żabką, a jej głowa i rozkładające się na tafli włosy stają się kapeluszem dojrzałego prawdziwka." Wszak wiersze to po czesku "baśnie".
Mogę się mylić, ale większość ludzi jest wrażliwa na poetyckie słowo. Niemniej zatracili zainteresowanie poezją – czasem np. po lekturze „topowych” tomików, w których słowa plączą się jak nogi piłkarzom. Wybierają raczej inne lektury – kryminał, powieść obyczajową – byle nie te łamańce. Rozumiem was, jeśli chcecie odzyskać dla siebie poezję spróbujcie poczytać Jarosza.
Zobaczcie np. wiersz „Technikum”, w którym prześmiewczo opisuje swoją edukację, by dojść do smutnej tezy: "Wystarczyły tylko obecność i posłuszeństwo.". Jarosz tak zestawia niezrozumiałe wzory na tablicach z oknami pełnymi smug (świat jako nieopisywalne straszne monstrum), że jako nauczyciela przeszyła mnie ta „opasła jesień”.
Paru rzeczy bym nie napisał. Nie użyłbym metafory dopełniaczowej "mięso dni". I nie przekonują mnie rozważania obok fraz: "język to żadna tożsamość, żaden naród." i "Nie czuje się Polakiem - jestem tutejszy, jestem stąd; granice to rowki w ziemi wyharowane butem." Przypomniał mi się (niedawno przeze mnie recenzowany) Steven Wilson, który opisywał "efekt overview". Pobyt w kosmosie. spoglądanie na Ziemię z kosmicznej perspektywy, podobno powoduje, że pojęcie granic staje się absurdalne. Może ja po prostu stąpam po ziemi i nie uleciałem w poetycki kosmos Jarosza? Przecież autor nie tylko mieszka na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej, ale też w języku polskim! Dlatego nie rozumiem tego braku świadomości i radości z bycia Polakiem. Ale mniejsza o to.
Długo wymieniać – celne frazy, obrazy, które zmieściły się w książce. Przywołam: trafność oceny naszych wad: "Wśród nas są tacy, co potrafią nienawidzić, więc są stąd." - z przekonującego wiersza "Nurt"; rodzicielską miłość, która każe natychmiast wyciąć pokrzywy, w które wpadł jako dziecko; albo pochwałę samotności: „z wizyty kuzynów, miał tyle, że ukradli mu dwie paczuszki łusek.”