czwartek, 20 sierpnia 2026
Zażenowany Bóg, pieśń miłosna J.Alfreda Prufrocka i puste pole zamiast Galerii Łódzkiej
wtorek, 18 sierpnia 2026
Światło czyje, moje
LIMBOSKI "WIELORYB", Agencja Muzyczna Polskiego Radia 2025
Limboski przygotował nieco inną płytę. Muzycznie to wciąż wirtuozeria i wokalna, i gitarowa. Był świetny w intymnych, prywatnych, erotycznych tekstach "W trawie" (piękna jest lekkość tej piosenki), czy "Na statku" (genialnie pokazana otchłań miłosnego zatracenia), ale przekonująco podmienił temat - na fascynację duchem, sensem istnienia, przemijaniem. To świadectwo rozwoju. Jest mistycznie, filozoficznie. Kochanek-opowiadacz przemienił się w mistyka, filozofa, myśliciela.
Przyznam, że pierwsze odsłuchy płyty mnie nie przekonały. Jakiś wywiad, w którym poruszył temat ezoteryki - zamiast zachęcić mnie, zniechęcił. I dopiero teraz poddałem się płycie. Zasłuchałem się w niej i doceniłem.
Najpierw zwrócił moją uwagę tekst "W kraju poetów". Przyznam, że słowo "poeta" w piosenkach występuje rzadko. T.Love zaśpiewał przekonująco "poeci umierają" na płycie "Old is Gold" (w teledysku mignął Grechuta i Broniewski). Chyba hasztag poezja, znacząco urywa zasięgi. Uogólniam, ale poezja stała się dzisiaj jakimś narzędziem do załatwiania spraw politycznych, a potrzebę zadumy nad światem, która istnieje i istnieć będzie - dużo lepiej załatwiają piosenkarze. I tu nagle Limboski śpiewa o tęsknocie za kapitanem, autorytetem, przewodnikiem dla całego narodu - za poetą, którego słowa nie będą waniliowe, tylko mocne.
Poruszyło mnie to. Świetnie została nazwana ta tęsknota za sprawiedliwością ("żeby był porządek i zrównane stany") i wiara, że słowa mają wartość i siłę. Udana metafora "wiania", a wiatr to i niepokój, i zmiana, i niepewność, i otrzeźwienie. Dobre jest tu dyskretne wtrącenie o poetach przeklętych, którzy wiarę w słowo okupili prywatną tragedią, szaleństwem, nałogiem, bólem.
Drugi utwór, który mnie zatrzymał - to mistrzowski aranżacyjnie (intymna kołysanka nagle, gdy wchodzi chór dzieci - staje się hymnem) i melodyjnie - "Słowa leczą świat". W bardzo czułe struny uderza tu Limboski. Zwraca się do swojej mamy. Wspomina prawdę, którą mu przekazała, że słowa mają moc. Po prostu piękny - afirmacyjny jest ten fragment: "W tobie żyje, w tobie, światło czyje, moje". Olśniewa nagła świadomość, że jest "z niej", że zawdzięcza jej siłę i mądrość. I że to już jest "jego światło", jego fundament tożsamości.
Może od początku. Płytę rozpoczyna rasowy kawałek o wolności, o gniewie wobec niesprawiedliwości, o rozczarowaniu. I zaskakująco nagle utwór łagodnieje, jakby dotarło do nas, że to miłość i delikatność mają sens, a wieczny bunt jest śmieszny.
Limboski przypomina demoniczny czas pandemii ("Świat szał opętał"). Zaprasza w hinduistyczny (lub buddyjski) klimat, fascynuje go kultura i duchowość Wschodu. "Sutra" i "Tajanie" zapewne są efektem medytacyjnych przemyśleń. Choć podoba mi się fragment o wielorybie i kwiecie, który strzela z jego głowy - to ten orient trochę nie dla mnie (choć pamiętam, że swego czasu byłem pod urokiem płyt Kula Shaker, np. "K").
Tytułowy "Wieloryb" głaszcze nas i obiecuje szczęście. Fragment zaśpiewany wysokim głosem: "Nawet wieloryb boi się, gdy poczuje, że nie umie opowiedzieć jak cię kocha, i odpływa." sprytnie wpędza nas w błogostan. Wszak serce płetwala błękitnego waży 600 kg, jest wielkości Volkswagena Garbusa, i bije spokojnie kilka razy na minutę!
"Święto zmarłych" snuje się delikatnie. Opisuje stan zjednoczenia dusz, aż do "kości". Mimochodem pada wyznanie mistycznych doświadczeń, które doprowadziły go do takiej euforii ("patrzą na nas duchy ziemi i unoszą się zdziwione; byłem z nimi jednej nocy, teraz jestem już kimś innym").
Płytę puentują: przyjemnie nastrajający "Miasto Wałcz" - piosenka o tęsknocie za dzieciństwem i podany na zakończenie trochę w klimacie Marka Knopflera, jak dla mnie zdecydowanie za smutno, song o wybaczaniu win - "Święte jest imię twe". Zatem "Wieloryb" każe nam trochę inaczej spojrzeć na artystę z najlepszym męskim głosem w Polsce.
Przeczytaj też moje recenzje innych płyt Limboskiego:
poniedziałek, 10 sierpnia 2026
Skrzypi wkręt, chrupie deska
ŁUKASZ JAROSZ „ŻYJĄTKO”, Instytut Mikołowski, Mikołów 2026.
Z muzyką i z książkami mam tak samo: muszę poczuć "haczyk". Coś, co spece nazywają "hookiem", a w literaturze jest impulsem, który nie pozwala odłożyć lektury. Która to już książka autora „Białego tygodnia”? Przecież „znam to pisanie”, przecież zapewne mnie nie zaskoczy, a jednak... Znów się złapałem. Wiersz, który muszę zrobić z bitem - jeśli autor pozwoli!
Wiersz „Bajka”. Niby nic takiego. Ile to wierszy zaczyna się od wspomnienia? „Wyobraziłem sobie...”. Ale tu wyobraźnia podsunęła autorowi coś, o czym zwykle się nie myśli: „... że żyję długo. I wszyscy, których znam, kocham - umarli.” Czy ten świat bez bliskich byłby dla nas istotny? To już wprawia mnie w dygot, w jakiś przestrach. Wirują mi w głowie frazy podobnego kalibru, np. u Nosowskiej: „Znów płakałam, wczoraj znów płakałam. Że nie umiem na skrzypcach grać. I że wszyscy umrzemy, wszyscy. I że któregoś dnia mój syn zostanie całkiem sam.”
A potem poeta robi ten niesamowity piruet - „Nie muszę sobie wyobrażać. Widzę, jak świata nie ma. I jak jest.” Dźgnęła mnie mocno ta konstatacja. Przecież te wszystkie straszne rzeczy, o których wcześniej byśmy nie pomyśleli, że są możliwe - jednak się zdarzyły: wojna w Ukrainie, w Strefie Gazy. Codziennie tyle nas dzieli i robi z nas ponurych, zaciśniętych w sobie, zapadniętych, skrzywionych. Widzę pokraczne gesty polityków, cynizm, przesyt, żądzę bogactwa - i naszą bezradność wobec tego wszystkiego. Wszędzie wulgarność, cynizm, przemoc. Widzę pustkę, w którą się zapadamy.
Ile bym dał, by moje myśli o świecie się uspokoiły. Boję się o wszystko: o Ziemię, o demografię. Martwię się, że utracimy wolność, bezpieczeństwo. Boli, że mądrość przegrywa z upadkiem wartości. Coraz bardziej „świata nie ma” – tego świata, w który uwierzyłem, gdzie dobro miało być oczywistością.
Jarosz dalej przywołuje motyw gruszki z książki "Pinokio" Carla Collodiego. Choć w tej opowieści jest mowa o głodzie fizycznym, czytam, że to o głodzie życia, piękna, miłości... Głodzie, w którym widzę wiarę, że pomimo „końca świata” jeszcze nic straconego.
Książkę zaczyna motto, w którym wyrażone jest „pragnienie wypowiedzenia czegoś, co najistotniejsze”. Wzrusza mnie, jak Jarosz ciągle (przypominam, że napisał kilkanaście książek) „musi opisać świat”. Ta potrzeba jest czymś pierwotnym; istnieje i nie wiemy po co, ale domyślamy się, że jest fundamentalna.
Przyroda dla poety z Żurady jest jak skóra. I te wszystkie: „Niebo sczerniało”, albo „białe mięso chmury, wieczór – wypatroszony dzień.” to nie są dekoracyjne opisy przyrody jak u Orzeszkowej, które można opuścić bez straty sensu. To są metafizyczne dreszcze.
Czynności podmiotu lirycznego to często np. siedzenie przy ogniu, oddychanie pyłem sosen, zamykanie książki, wspominanie młodości, samotna wędrówka, wyciąganie z kieszeni rzeczy, które przetrwały pranie. Zwykłe a niezwykłe.
Tytuł książki został wzięty z wiersza „Krtań” - ptak-śmierć (czapla?) połyka „głupie żyjątka”, „Podobnie jak my / gdy odchylamy głowę, by zatrzymać krwotok z nosa.”
Zachwyciło mnie spostrzeżenie: „Myśleliśmy, że zostawił po sobie list, / lecz była to tylko kartka z tym, co planował / kupić na warzywnym targu, stoisku z mięsem.”
Jarosz często zaczyna od zwykłego opisu, by potem przeciąć go czymś ponadczasowym, np. „Już nie szarp się. Przynętę masz w gardle, haczyk wbity w podniebienie.” I są to bardzo dobre cięcia: „Wystarczy w skupieniu iść po śladach dni, by zobaczyć, że wszystko jest zmyślone.”
Bardzo mocne są puenty: w „Historyjce” - autor wykorzystał podwójne znaczenie słowa „gładzić”, a w „Szkicu” - obserwowana dziewczyna wkrótce urodzi Boga.
Ulubione wiersze? Oprócz „Bajki” - pierwsza „Ważkość” - jakbym widział te milczące przeżuwające kozice. Potem „Sprawy na dziś”- opis przeżytego zwykłego dnia, który jest bardzo „strange” (jak w piosence The Doors „Strange Days”) i drugi wiersz - „Ważkość”, w którym autor chce być sobą i naciska „odtwarzaj w pętli”.
Wierszem jest poranna myśl po przebudzeniu w namiocie. Wierszem jest ujrzenie siebie. Czym bylibyśmy bez namysłu nad sobą, nad chwilą, nad życiem. Wiersz to mocowanie się z zawiasem do drzwi. „Skrzypi wkręt, chrupie deska.”



