piątek, 1 maja 2026

Hej, Panie Ef, cudowny to wiek

 FISZ EMADE TWORZYWO "25", MYSTIC PRODUCTION, 2025.


Twórczość braci Waglewskich towarzyszy mi od dawna. Recenzowałem "Mamuta", "Drony" i "Heavi Metal", a także album nagrany z ojcem Wojciechem Waglewskim, "Matka, Syn, Bóg". Często też wracam do "F3". Ponawiam zachwyt. I przebijam: "25" to najlepsza rzecz, jaką zrobili. Genialna muzycznie - szacun dla Emade. Czysta maestria tekstowo - szacun dla Fisza. 

Po albumie pełnym zaangażowanych tekstów, "25" (tytuł nawiązuje do 25 lat od debiutu "Polepione dźwięki") okazał się materiałem osobistym i epifanijnym.  Chciałbym, aby sięgnęli po niego także ludzie smutni i przyjęli do serca frazę „spróbuj łaskawszym okiem spojrzeć na ten świat”.

Inspiruję się tym, jak Fisz cedzi słowa. To pogranicze melorecytacji i śpiewu jest po prostu piękne. Przyznam, że choć „Ballady i protesty” z 2021 roku bardzo mi się podobały, to nie wracałem do nich zbyt często. Niezmiennie jednak szanuję „Nie za miłe wiadomości” z teledyskiem na wysypisku śmieci oraz pełen empatii wobec osób LGBT „Kurz”. Wykorzystanie hejterskich cytatów o „pupilku Agory” i „synku tatusia” to mistrzostwo. A „OK Boomer” – historia przejażdżki "dzbana" – "pana Wąglewskiego" po mieście – stała się już radiową klasyką. Ta autoironia i umiejętność śmiania się z samego siebie to poziom 10/10.

Na nowej płycie najjaśniej lśni dla mnie „Zaćmienie”. Utwór nr 12 to wyznanie dezorientacji. Sporo tu niepokoju i melancholii, które nagle rozprasza jasna deklaracja uważności na drugiego człowieka. Ujmuje mnie ta mieszanka lęku i nadziei w wyznaniu: „bo ciągle jestem niewiadomą dla samego siebie”.

Kolejny mocny punkt to łomoczący „Śliski pic” – olśnienie, że absurdalny marsz zwany życiem to jedyne co mamy. Słyszymy tu szept bliskiej osoby lub wewnętrznego, naiwnego „drugiego ja”, który pozwala przetrwać w tym uciążliwym świecie.

Z kolei „Niemoc” przynosi potężną dawkę młodzieńczych wspomnień z czasów, gdy nic nie było podane na tacy. Wtedy marzyło się, patrząc w niebo, aż drętwiały szyje.

„Ogień i woda” to utwór idealny do pobudki z kawą. Opowiada o braterstwie dusz, o kosmicznym porządku i harmonii żywiołów. 

„W oczekiwaniu” niesie ze sobą samoświadomość i opór wobec beznadziei – siłę daje tu prosta codzienność: spacer z psem czy obserwowanie roślin.

„Sedno” to historia, w której uliczny korek potrafi zburzyć mozolnie budowaną od rana nirwanę. Powtarzane jak mantra słowa: „Spokój to jest, sedno to jest” możemy sobie żuć jak słodką figę – figę od Pana Ef. Rozpiętość nastrojów jest tu ogromna: od disco-samby po pianę z gaśnicy, od wysokiego tonu esencji bytu po „rozporek i sikanie na oponę”.

„Ogon” to pozytywny nakręcacz. Czy droga do szczęścia naprawdę musi być trudna? Czasem wystarczy wcisnąć play. „Chodź, chodź, dobry dzień, chcę spędzić go z tobą” – śpiewa Fisz, a dzień „tańczy jak ogon psa”. Gorzko wybrzmiewa natomiast „Nie widzimy chmur”, oparty na ciekawym intro z powtarzaną frazą-zaklęciem. Na dachu wieżowca autor próbuje zagłuszyć strach przed wojną, poczucie krzywdy i „milczenie Boga”.

„Śniadanie” z gościnnym udziałem Natalii Przybysz to z kolei odlot w stronę zapachu podsmażanego czosnku i tureckiej szakszuki. To pean na cześć celebrowania poranków dla miłości i radości. Równie trafny jest tekst o „mydleniu oczu”, zainspirowany widokiem syna zbiegającego po schodach z tornistrem. W „Długich rękach” jest terapeutycznie płynący bas i poruszające pytanie: „jak to się stało, że zapomniałem nas?”.

Gęstym manifestem stoicyzmu w erze cyfrowego przebodźcowania jest „Spływacz”. To cudowna opowieść o obojętności na „klikalność”, zachęta do higieny psychicznej i wolności od Chata GPT czy politycznych waśni („odwet i oklep, oklep i odwet”). Fisz, jak oaza spokoju, wyznaje, że wobec pędu świata najważniejsza jest prywatność i dystans do modowych presji („mój outfit jest jak spalone grzanki”). Gdy obserwuję ludzi wpatrzonych w smartfony, od razu grają mi wersy o świecie, który się obżera, podczas gdy „serce ocieka tłuszczem”. Refren jest przy tym słodki: „Hej, Panie Ef, cudowny to wiek / jak wodospady i dziki nurt rzek / Hej, Panie Ef, po nas spływa / wszystko spływa, nie ma pytań”.

Zaskakująco patetycznie, wręcz religijnie, brzmi utwór przedostatni z wyznaniem „Ciało jest bramą, chcę w to wierzyć”. Poczucie istnienia Ducha wyśpiewane jest z poruszającą pewnością. A na zakończenie jest przejmująca prośba o wybaczenie własnych błędów. Ale płyta się nie kończy, bo sobie ją zapętlam po wielokroć.



czwartek, 23 kwietnia 2026

Ja jestem cały tu, a ty gdzieś poza

 ARCHIVE - „GLASS MINDS”, 2026


Byłem zły, gdy usłyszałem, że na nowej płycie zabraknie głosu Holly Martin. Podziwiałem jej wokal na wcześniejszych krążkach:  drżący w „We Are The Same”, smutny w „Black and Blue”, drapieżny w „Violently” (z tym gniewnym „Who The Fuck?”), kojący w „End of Our Days” czy gęstym od słów w „Hatchet”. Przez chwilę pomyślałem wręcz, że w ramach buntu odpuszczę sobie ten album. Jak dobrze, że nie zrealizowałem swojego postanowienia!

Bo „Glass Minds” to dzieło kompletne. Krążek, który bez kompleksów można postawić obok kultowych płyt Radiohead czy Pink Floyd.

Pierwsze dźwięki przypominają odległą syrenę obwieszczającą jakąś tragedię. Intro od razu buduje duszny, przytłaczający nastrój, zmieniając się w elektroniczny pejzaż w stylu Jean-Michela Jarre’a. Sam utwór tytułowy zaczyna się tak, jakby ktoś łomotał w desperacji do drzwi. Fortepianowy motyw przywodzi na myśl „The Division Bell” Pink Floyd. Kiedy pojawia się wokal Lisy Mottram – niezwykle oryginalny i idealnie pasujący do muzyki – wszystko układa się w perfekcyjną całość. Fraza „szklane umysły pękają” przeszywa na wskroś, stając się bolesną refleksją nad okrucieństwem świata, który skazuje nas na ból, ale też nad tym, że my sami jesteśmy tego okrucieństwa współtwórcami.

Z kolei „Patterns”, zaczynający się dźwiękiem rozpadu i wyznaniem całkowitego zobojętnienia, płynnie wchodzi w najwyższe rejestry. To poruszająca kompozycja o tym, jak skrajny racjonalizm odciął nas od uczuć. Rzeczywistość stała się chłodna i powtarzalna, a my – zamknięci w sobie i niepotrzebni nikomu. Złowrogie „I’m all in here / you’re all out there” („Ja jestem cały tu, a ty gdzieś poza") ma tu podobny ciężar emocjonalny, co kultowe „Nobody loves me, it's true” Beth Gibbons z Portishead. O ile jednak w „Sour Times” był to krzyk zranionej osoby, u Archive słyszymy metafizyczną samotność i alienację. Bolesną świadomość, że każdy z nas jest niedostępną wyspą. Szorstki, przeszywający wokal Pollarda Berriera sprawia, że to utwór o sile dorównującej słynnemu „Again”. Od pierwszego odsłuchu stał się moim faworytem.

Płyta wciąga. Wspaniale brzmiący „Look At Us” działa jak zaproszenie do transu, potęgowanego przez niesamowity, wysoki żeński wokal, który skojarzył mi się z operową arią Divy Plavalaguny z „Piątego elementu”. Te hipnotyczne wibracje i błagania, by „dać radę” i „nie upadać”, brzmią bezbłędnie. Z tego letargu wyrywa nas „When You're This Down” –  dramatyczne, mroczne disco, o tym, że przygnębienie zmienia nam percepcję i póki "nie wytrzemy cieni" będziemy błądzić. 

Dużo emocji ma „So Far From Losing You”. Zaczyna się niczym strumień świadomości – gorzka wyliczanka o świecie pozbawionym miłości (bądź takiej, która przyniosła jedynie ból) – by nagle przeistoczyć się w wyznanie, że owo uczucie to „szczęśliwe przekleństwo”. Jest w nim tortura, ale i błogosławieństwo; ciemność, ale zarazem jedyne światło, którego w żaden sposób nie potrafią oddać słowa. Wystarczy usiąść i patrzeć na taniec ukochanej osoby. Kompozycja wspaniale narasta, a przy mantrowo powtarzanych słowach „trans, trans” słuchacz niemal rozpływa się w innej rzeczywistości. Chwilę po nim uderza „Wake Up Strange” – chłodny, mechaniczny utwór w duchu Kraftwerk, opowiadający o niemożności wybudzenia się z własnej paranoi i porankach, w których czujemy się wyobcowani z własnego życia.

„City Walls” niesie ze sobą rozczulające przesłanie: choć jesteśmy uwięzieni w trybach systemu i biurokracji, to dopóki stanowimy wspólnotę, nasze życie ma sens. Razem jesteśmy silni, a bezduszny aparat „nic nam nie zrobi, bo wtedy przegra”. Zaraz po nim rozbrzmiewa rozedrgany, hipnotyczny „The Love The Light”, bezpośrednio nawiązujący do estetyki „Amnesiac” Radiohead, oraz „Shine Out Power” – wyznanie całkowitej bezsilności. Powtarzany w nim refren „Jest za ciężko” brzmi niczym mroczna apoteoza rezygnacji.

Udaną kulminacją albumu jest rapowany „Heads Are Gonna Roll”. To gęsty, niepokojący słowotok, w którym poznajemy przerażającą wizję odhumanizowanego świata. Tytułowe "polecą głowy" to zapowiedź ostatecznego zniewolenia, w którym nie ma miejsca na autonomiczne myślenie, a każdy „inny” okrzyknięty zostaje szaleńcem. Cyfrowa niewola, ukryta pod płaszczykiem technologii, zabiła naszą prywatność i wyparła z nas empatię. Osunięci w przepaść własnego ego, wyrzuciliśmy serca do oceanu. Zachowujemy się jak zaprogramowane maszyny – nie umiemy już ze sobą rozmawiać ani dostrzegać potrzeb drugiego człowieka.

Zwieńczeniem płyty jest „Where I Am”, utwór zatapiający słuchacza w podwodnym, sennym klimacie, na wzór „Pyramid Song” Radiohead. To monumentalne wołanie o sens w obliczu wszechogarniającej bezradności. Pytanie „Jak odwrócić urazę?” powraca wielokrotnie niczym refren bez wyjścia. Całość brzmi bardzo filmowo, nieustannie narasta, aż w końcu wszystko dosłownie rozpada się na kawałki, ostre szkiełka i pojedyncze cyfrowe bity – jedynki i zera.




wtorek, 21 kwietnia 2026

Wypisał się z sieci i z siebie

 

TADEUSZ DĄBROWSKI „PUK”, PIW, Warszawa 2026.

Awaria Internetu w piątkowy wieczór. Brak sieci w sobotę, i niedzielę, i poniedziałek. Sięgałem więc po „PUK” Tadeusza Dąbrowskiego – trochę niechętnie, bo nawyk kazał scrollować, surfować, chillować. Poezja to pewien mozół, powolne przeciskanie się przez frazy. Niemniej dałem radę, mimo początkowego oporu.

Bo przecież zawsze coś mnie drażni. Że ja bym tak nie napisał. Tu za krótko, tam zbyt rozwlekle, albo że nie użyłbym danej metafory dopełniaczowej. No bo jakże to: „hospicjum wazonu”? Jak to: „laguna mojego ucha”? A „smycz świtu” brzmi niemal jak Siwczykowy „kicz końca”. „Maca miasta”, „bungee języka”, „kołdra snu”, „łososie zachodu”, „wędkarz idei”. Sporo tego – zacząłem złośliwie wybierać te dopełniacze jak rodzynki z sernika! Albo te erotyczno-pornograficzne wtręty... Ta swoboda w posługiwaniu się nimi, jakby autor za wszelką cenę chciał wywołać rumieniec u młodych czytelniczek.

Ale na szczęście jest i ona – poezja! To, co daje czytelniczą satysfakcję: obrazy, których nie wywoła powieść ani najlepszy film. Zatem cieszę się z lektury „PUK-u” i go polecam.

Na mojej zawalającej się półce mam kilka tomików redaktora naczelnego „Toposu”: „Mazurek Dąbrowskiego”, „Te Deum” i „Czarny kwadrat”; prawdopodobnie gdzieś zapodział się też tom „Pomiędzy”. Przypomniałem sobie, że sto lat temu, podczas poetyckiego festiwalu w Kutnie, wiozłem autora swoim Fordem na dworzec.

„PUK” spodobał mi się. Już sam tytuł jest intrygujący. Oznacza „osobisty klucz odblokowujący”, co stanowi ciekawą, alternatywną definicję poezji. Odsyła on do wiersza bez tytułu ze strony 23. Poeta wyznaje w nim, że „wypisał się z sieci” i „z siebie”, ale jest jeszcze coś „małego, mniejszego z dnia na dzień, do czego nie macie dostępu”. Metaforyzując – ten kod PUK pozwala mu na restart: odrzucenie siebie popisującego się w sieci na rzecz stworzenia siebie intymnego.

Przyznam, że nie przepadam za wierszami o poezji i o samym poecie. Wydaje mi się, że ciężko uniknąć w nich sztucznej pozy. Lubię wyobrażać sobie, że wiersz po prostu „jest”. Nie lubię też pytań o natchnienie czy szczegóły warsztatu – to ma przecież drugorzędne znaczenie. Niemniej tutaj, w tego typu utworach, padają dobre puenty, trwa fajna gra z ironią, pojawia się kreacja „dziwnego stanu bycia autorem”. Najcelniej wypada to w „Ars poetica”, gdzie autor stwierdza, że poezja jest jak obserwacja przez dziecko smoczka, którym je oszukano, zastępując mu pierś matki. Celny jest też wiersz „Wiewiórka”, w którym poeta czuje się prawdziwie wolny dopiero wtedy, gdy ucieka mu wiersz. Podobnie w miniaturce „Przesuwanka”, gdzie „poezja to pusty element”.

W „PUK-u” najbardziej podobają mi się teksty zbudowane z intymnych wyznań. W „Pozytywce” każdy prywatny dramat i chwila szczęścia to wypustki bębna, pod którymi człowiek „ugina się i prostuje”. We „Włosach” odnajdujemy wieczną miłość mamy do zmarłego taty – „triumf piękna nad rozkładem”. W „Telefonie” intryguje jednoczesność oczekiwania na „zaśnięcie” cierpiącej babci i sen grymaszącej córki. Zapada w pamięć „guma do weków” z wiersza „Siła”, która wije się jak dżdżownica, bo wszystko chce powrócić do pierwotnego kształtu. Absolutnie doskonały jest utwór „Małej Basi” z frazą: „Dzisiaj twoimi oczami znowu zamrugał do mnie ojciec”.

Pięknie wydany tom – czapki z głów dla wydawnictwa PIW – zawiera sporo wierszy, do których będę wracać. „Piętka” z metaforą krajalnicy do chleba, „Piosenka o pociągach” – traktująca trochę o sile modlitwy, a trochę o jej daremności. Czy „Wąż” z odniesieniem do Herberta, w którym pojawia się motyw kultowej gry z archaicznych komórek. Zostaje w pamięci „zło w rowkach podeszwy galowych butów”, „ślina Papieża” i „mała niby-Basia”.

Interesujący jest zestaw „Ekopoetyka”, w którym autor sławi w niemal biblijny sposób miejsca stworzone przez człowieka: hangary, zbiorniki retencyjne, złomowiska i szroty. W jakiś pokrętny sposób oddaje tu swój zachwyt nad dziełem ludzkiej myśli. Podczas gdy wielu współczesnych twórców popada w ekstazę nad naturą, Dąbrowski zdaje się nieco pokpiwać z tej powszechnej, jak to ujął na spotkaniu autorskim: „podmianki Boga na wieloryba, drzewo czy ocean”.

Ta książka trafia w moje pojmowanie poezji. Przez wiersze poznajemy autora, wchodzimy w jego myśli, przekonania i intymny świat. I jest to wejście „na poważnie”, choć doceniam też jego autoironiczną dezynwolturę w wierszu „Podręcznik”, gdzie tak oryginalnie wypomina sobie wycieczki do nocnego po kolejną flaszkę.

sobota, 11 kwietnia 2026

Cały na biało!

 

 
 4 lata temu zmarł Budyń. A ja wciąż mam przed oczami, jak w czasie koncertu w Domu Literatury wychodził z siebie, jak śpiewał całym sobą piosenki z płyty Babu Król „Sted". Pamiętam, jakby to było dziś, gdy grał w czasie epidemii koncerty o szóstej rano, dla kilkunastu osób obecnych na żywo, bo miał potrzebę tworzenia. Ekscentryczny, szalony szaman. Wciąż wracam do mistrzowskich płyt: wspomnianej Babu Król „Sted", a także Pogodno „Sokiści chcą miłości", Art-Budyń „Ukryte dowiadomości" czy Monofon „Monomiasto"... Babu Król... te węglarki słów, kolędnicy, Arlekin gryzący paznokcie do krwi... To płyta, która daje mi motywację, by też pisać — jak on, iść ze swoim „marnym wierszem" jak z łyżeczką wody do oceanu... Najważniejsza piosenka — „Biała Lokomotywa" — to wiersz o łasce w krainie śmierci. Nagle pojawia się "istny cud" coś, co cię prosi, by zmartwychwstać . Coś co mówi, że możesz przejechać przez „krainę śmierci", „zwęglone bramy" i „spalony las". Przejechać! Cały na biało!

poniedziałek, 23 marca 2026

Zdjąć głowę i odkręcić się na full

 SPIĘTY „Full H.D.”, MYSTIC 2026


Czwarta płyta Spiętego przynosi pewną muzyczną odmianę. Jest tanecznie, mniej nostalgicznie niż na poprzednim – genialnym „Heartcore”.

Dobaczewski przyzwyczaił swoich fanów do świetnych tekstów. Nie chcę przesadzić, ale chyba nie ma konkurencji wśród autorów rockowych piosenek. Jeśli ktoś nie zna piosenek Spiętego, to chyba zobojętniał na „słowo”, albo po prostu stracił czuja. Spięty nie będzie pasował też wiecznym malkontentom, marudom, mrukom.

Jako „fan słów”, po raz kolejny kłaniam się do samej ziemi, bo jest wirtuozeria, jest mistrzostwo.

Kluczowym tekstem wydaje się tu odważna deklaracja, by „Zdjąć głowę i wetknąć se w tyłek” i „Myślenie jest w cenie, / Lecz czasem G warte zarazem, / Bo przez myślenie te całe, / Zamiast być – bywałem.”

I płyta kipi „prywatnym szczęściem” i zaraża słuchających tym flow. Ta końcówka „Zapalenia Przedrostka”: „Nie dość, / Że żywy, / To do tego / Szczęśliwy.” - nieodmiennie mnie wzrusza. Podobnie: te intymne wzdechy do swojej partnerki: „Chcę zabrać Cię do siebie, Chcę zabrać się do Ciebie”.

Płyta trafia we mnie – tym celniej, że sam zapisałem się na kurs tańca i też sobie wyśpiewuję: „Tańcz! Waćpanna/ A ja / Usta otwieram / I robię ammm...”. Poza tym odkryłem w tekście „Najstarszy Chłopczyk Świata”, że H.D. (Hubert Dobaczewski) to jak ja - Koziorożec, w dodatku mój rocznik - zatem odkryłem potwierdzenie wspólnoty dusz.

Muzycznie – są tu taneczne hopsztosy i sztosy! Walczyki i inne podpowiedzi do wygibań ciał. W „Atrapie Łajdaka” pomyka harmoszka, jakbyśmy pląsali po Polach Elizejskich. W „Stanie Podgorączkowym Sobotniej Nocy” - nietrudno wyobrazić sobie odrzucenie wszelkich kul u nogi i zawieszenie nad głową kuli dyskotekowej. Połamaniec „Palipuenta” pulsuje jakąś techniawką. A „Najstarszy chłopczyk...” to już w ogóle jakiś musicalowy odlot, w stronę jakichś teatralnych desek...

Spięty na płycie tradycyjnie sięga po tematykę „boską”. Bóg na pewno chichocze z jego „Autor bez wątpienia, / Siedział do późna / Nad dziełem stworzenia. / Co jeśli / My – stworzenia / Teraz zapytalibyśmy  – / Co autor miał na myśli?”, bo umie śmiać się z siebie. Zresztą Spięty wystawia i siebie na pośmiewisko, przyznam, że odważnie.

Najlepsze utwory? Dla mnie - przebojowy „Zapalenie Przedrostka” z pięknym bitem, wirtuozerski językowo z zawadiackim przesłaniem: „by żyć, bo umrzeć każdy jeden głupi potrafi”. Potem „Serconośny” w rytmie walczyka i... jedyne spowolnienie na płycie „Język Płocki”. Wspominany już „Stan Podgorączkowy...” jest absolutnie wspaniały, aż macham palcami wokół oczu jak Travolta, gdy recytowany jest ten manifest w podpunktach: "A: chciej myśleć mniej..."

Kupuję w całości te autodeprecjacje: „Mam marzenie, / By dojrzeć, / By dojrzeć”. Kupuję: „Kto po wodzie nie chadza, / Niech nie naucza, / Nie doradza” - bo taki prztyczek w nos to i ja chciałbym dać mądralom, którzy zjedli rozumy i teraz mają tylko pogardę dla innych.

Może te ekshibicjonistyczne wyznania troszkę wydają mi się za grube. Ale znów porównanie siebie do Rosji – naprawdę mocne! Ja się okręcam i ruszam biodrami. Nie patrzę pod nogi i odkręcam się na full!




Wiktor Knurek zwycięzcą konkursu Wydawnictwa Kwadratura

 

IV edycja konkursu na tom poetycki Wydawnictwo Kwadratura, w której byłem jurorem razem z Magdaleną Lachman i Bartoszem Dłubałą - rozstrzygnięta. Do tegorocznej odsłony napłynęło aż 240 zestawów wierszy. Zwycięzcą okazał się Wiktor Knurek, który jednak nie mógł przyjechać na rozstrzygnięcie. Drugie miejsce zdobył Piotr Piątek, trzecie - Aleksandra Kuśnierkiewicz.

Wyróżnienia otrzymali: Piotr Okniński, Magdalena Grenda-Kurmanow i Weronika Stępkowska.

piątek, 9 stycznia 2026

Wszystko jak być miało, tylko na odwrót albo bardziej

 JANUSZ RADWAŃSKI - "TRENY", 2025 


Janusz Radwański to poeta z Kolbuszowej, także tłumacz z ukraińskiego. Autor kilku tomów, z których „Śpiewnik szantowy” spodobał mi się na tyle, że wybrałem z niego słowa, by zrobić „wiersz z bitem” – „Spięcie” – jeden z moich ulubionych.

Autor udostępnił tomik do ściągnięcia w PDF. Oto link: https://drive.google.com/file/d/1tGmVmSPqmBaSYcwbqjUjDf7vkw5oC03X/view

To krótki arkusz poetycki – zaledwie trzynaście wierszy. Łatwo przeczytać go za jednym podejściem. Dostajesz porcję smutku wpisaną w krótkie, ostre formy. Zaczyna się wyznaniem bezradności – że po śmierci nie wiadomo, jak żyć z fizyczną pustką. A potem przychodzą – jak uderzenie obuchem w głowę – poodwracane fundamentalne biblijne toposy („Pęknięcie” z ofiarą Abrahama i „Kolęda” z narodzinami w Betlejem). Oba wiersze mieszczą w sobie tyle bólu, ile tylko może pomieścić ta krótka forma. Nie zapomnisz już tych fraz: „Królowie zabierają dary, pasterzy nie ma” i „bo wszystko jest, jak być miało, / tylko na odwrót albo bardziej”.

Wobec bezsensowności i okrucieństwa straty to, w co się wierzyło, staje się nagle puste i nieznośne. Religijne pocieszenie nie działa. Stoicyzm wobec takiej bezwzględności losu staje się niemożliwy.

Radwański w „Trenach” ukazuje nam szpitalną rzeczywistość: biurokrację, daremne pocieszanie kolorowymi dekoracjami na ścianach (szczególnie foka jako kierowca pociągu – nagle staje się absurdalnym maszynistą szalonej lokomotywy). I jest tu ten najbardziej przejmujący wiersz. Ja bawię się AI, a tu w modlitwie pełnej wyrzutu ojciec pyta Boga, czy wiedział, że istnieją grupy na Facebooku, w których ludzie proszą, by ktoś dzięki AI ożywił matkę albo usunął rury respiratora z gardła dziecka.

Jest tu dużo goryczy utraty dawnego beztroskiego życia (celna metafora składania silnika, gdy potrzebne były wiele rąk i było wiele radości, nawet gdy coś się nie udawało). Zostaje w pamięci sztuczny pocieszyciel – infolinia, która w kółko powtarza: „jesteś pierwszy w kolejce”.

W poruszającej historii szalonej podróży na połoninę do Chatki Puchatka (patrz zdjęcie), w której autor zdążył jeszcze pokazać córce Bieszczady, zamiast patosu żałoby dostajemy zwykłą ludzką historię – pośpiech, irytację logistyką wyjazdu busem w góry. 
Na koniec nie ma żadnych pocieszeń, żadnych wizji nieba (jak u Jana Kochanowskiego), raczej gruby tekst – cytat z Walaszka – rozbrajający sytuację, o której powiedziało się już wszystko. I wreszcie milczenie – już bez żalu, ale też bez cudu niepamięci.

Ten arkusz wpisuje się w nurt współczesnej polskiej literatury, która odważnie i wstrząsająco mierzy się z tematem straty dziecka. Można go postawić obok „Obsoletek” Justyny Bargielskiej, „Bezsynności” Pawła Bilińskiego czy „Apokalipsa. After Party.” Piotra Przybyły. Podobnie jak oni, Radwański z brutalną szczerością opisał doświadczenie, które rozbija świat na kawałki.