Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka.. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 20 września 2026

Chipsy na wynos. To tylko żyćko

MATYLDA / ŁUKASIEWICZ - "MATKA", 2024 Adult Contemporary / Echo Production + singiel "STO LAT", 2026



Kiedy jesteś szczęśliwy, trudno zrozumieć nieszczęśliwych. Trudno zrozumieć traumy, zadry, lęki, które samemu już się przepracowało. Mam świadomość, jak cienka jest granica między spokojem ducha a obezwładniającym niepokojem. Mnie też potrafiły gryźć strachy, złe przeczucia. A kogo nie?

Naturalną reakcją jest nie myśleć o tym. A jednak jest w nas coś, co lubi nakręcać stan małej paranoi – oblężenie mózgu, podwyższone ciśnienie. Lubię czasem zbombardować się kofeiną i celowo wejść w  obciążające psychikę myśli. Wzorcowe są pod tym względem płyty Radiohead, zwłaszcza „Kid A”, gdzie muzyka niemal fizycznie symuluje „zakrętkę mózgu”.

Posłuchałem „Sto lat” duetu Matylda / Łukasiewicz. I odleciałem. To nie były moje uczucia, ale empatycznie zanurzyłem się w nich z masochistycznym zachwytem. Najbardziej oczywista, najbardziej polska piosenka – „Sto lat” – zaśpiewana ze zgrzytliwym dysonansem. Bo jak tu przyjąć życzenie długiego życia, kiedy każdy dzień jest bolesną trwogą?

A może po prostu poodnajdywałem tam własne, uśpione traumki? Na przykład stan zmęczenia sobą – sobą nastawionym na perfekcję, sobą grzecznym i poukładanym. Albo uczucie niedocenienia, nienasycenia, niespełnienia. Jak genialnie jest to w tej piosence nazwane. Chce się płakać nad tym zagubieniem. Współczuć tej autoagresji, obcości we własnym ciele, toksycznej relacji nielubienia siebie i chorej pewności, że „i tak się nie uda”.

Ten refren: „Nie wezmę się siłą / Na lody i kino / To by mnie zabiło / Ale może być miło / Mam chipsy na wynos / Świętuję pomimo” – dźwiga cały ból istnienia.

A początek: „Dzisiaj kocham się mniej / Się ze sobą rozwodzę / Nie będzie przeprosin / Nie dam ręki na zgodę / Może kupię tort / Dorysuję mu świeczki / Pomyślę życzenie / I tak się nie spełni.” – to wielki wór smutku ciężki jak sto ton, a ukryty za uśmiechem, jakiego oczekuje od nas świat.

Płyta "Matka" ukazała się w 2024 roku. Przesłuchałem wtedy jakieś jej fragmenty i pomyślałem, że akurat nie mam ochoty teraz na wiwisekcję traum. Wiedziałem, że Łukasiewicz napisał świetne teksty (płyty zespołu Pustki, piosenki Rojka, płyty Bisz/Radex - to za każdym razem mistrzostwo), ale odpuściłem. No i wiem, że nie miałem racji.

Teraz zachęcony singlem "Sto lat" posłuchałem "Matki" i wiem już, że to bardzo dobra płyta. Świetne melodie, mocny głos Matyldy... Oczywiście – a jakże! - dołuje, wtrąca w świat obsesji i paranoi. Można nawet popłakać nad tym, co funduje człowiekowi jego własna zryta "psyche".

A na "Matce" jest cały wachlarz obsesji: od lęku przed tym, że "trzeba się poświęcić", "trzeba oddać siebie", podołać archetypowi matki Polki, przez lęk, że zmarnuje się swoje życie, źle wybierze i się będzie tego wyboru żałować i tkwić w tym, bo trzeba. Chyba najcelniej udało się pokazać "samotność we dwoje", niedopasowanie i męczenie się ze swoją partnerką/partnerem.

Wyróżnia się utwór "Czuły barbarzyńca" – manifest współczesnego mężczyzny, który ma odwagę przyznać się do swojej słabości, odrzuca maskę „macho”. Do tego - fajny teledysk inspirowany "Numb" U2.

Emocje zwykle skrajne i bez upiększeń. Gniew, opresja, pierwotna złość na świat. Najwięcej męsko-damskich pretensji. Lęków, które łatwo byłoby wyśmiać, gdy żyje się w szczęściu.

Płyta stawia mocne diagnozy - ludzie żyją w emocjonalnym zamrożeniu, strachu przed przyznaniem się do życiowych błędów. Dźwigają swoje społeczne role w poczuciu prywatnego nieszczęścia. Poświęcają się, choć nie odnajdują w sobie świętych.

Bardzo dobry jest początek płyty - "Zamknąć". Matylda wyśpiewuje tu naiwną projekcję udanego związku, z konstatacją, że jest zaborczą desperatką, chciwą i nieustępliwą. Pięknie tu czuć ten paradoks - samoświadomość własnej toksyczności i bezradny lęk przed odrzuceniem. Podobny temat/klimat jak w „Zazdrości” z płyty „Fire” zespołu Hey.

W tytułowej piosence "Matka", tekst "to tylko żyćko, spierdolę przyszłość" - położył mnie na łopatki.

"Trzymaj moją głowę nad wodą" - zaśpiewane na dwa głosy, jest idealne do rozklejenia się na szwach.

Wzrusza "Nudny rok". Jak wymachiwanie białą flagą całemu światu. Matylda śpiewa tu przejmująco.

Można zarzucić niektórym tekstom zbytnią dosłowność. Takie są: „Kastet” (o tym, że dziewczyna się stawia i nie będzie posłuszna), „Mężczyźni”, „Sepleń” czy „Taki pan” (o toksycznej relacji zakończonej zatopieniem w Wiśle toksycznego „mena”).

„Koniec tchu” na zakończenie - jest hymnem nadziei na przekór wszystkim przeciwnościom losu. Poetycki tekst pełen metafor: pękanie tratwy i czarnej bajki, składanie krzyku w melodię, jest ostatecznym triumfem ducha. Żyjmy pomimo. Jeszcze uda się.



czwartek, 23 kwietnia 2026

Ja jestem cały tu, a ty gdzieś poza

 ARCHIVE - „GLASS MINDS”, 2026


Byłem zły, gdy usłyszałem, że na nowej płycie zabraknie głosu Holly Martin. Podziwiałem jej wokal na wcześniejszych krążkach:  drżący w „We Are The Same”, smutny w „Black and Blue”, drapieżny w „Violently” (z tym gniewnym „Who The Fuck?”), kojący w „End of Our Days” czy gęstym od słów w „Hatchet”. Przez chwilę pomyślałem wręcz, że w ramach buntu odpuszczę sobie ten album. Jak dobrze, że nie zrealizowałem swojego postanowienia!

Bo „Glass Minds” to dzieło kompletne. Krążek, który bez kompleksów można postawić obok kultowych płyt Radiohead czy Pink Floyd.

Pierwsze dźwięki przypominają odległą syrenę obwieszczającą jakąś tragedię. Intro od razu buduje duszny, przytłaczający nastrój, zmieniając się w elektroniczny pejzaż w stylu Jean-Michela Jarre’a. Sam utwór tytułowy zaczyna się tak, jakby ktoś łomotał w desperacji do drzwi. Fortepianowy motyw przywodzi na myśl „The Division Bell” Pink Floyd. Kiedy pojawia się wokal Lisy Mottram – niezwykle oryginalny i idealnie pasujący do muzyki – wszystko układa się w perfekcyjną całość. Fraza „szklane umysły pękają” przeszywa na wskroś, stając się bolesną refleksją nad okrucieństwem świata, który skazuje nas na ból, ale też nad tym, że my sami jesteśmy tego okrucieństwa współtwórcami.

Z kolei „Patterns”, zaczynający się dźwiękiem rozpadu i wyznaniem całkowitego zobojętnienia, płynnie wchodzi w najwyższe rejestry. To poruszająca kompozycja o tym, jak skrajny racjonalizm odciął nas od uczuć. Rzeczywistość stała się chłodna i powtarzalna, a my – zamknięci w sobie i niepotrzebni nikomu. Złowrogie „I’m all in here / you’re all out there” („Ja jestem cały tu, a ty gdzieś poza") ma tu podobny ciężar emocjonalny, co kultowe „Nobody loves me, it's true” Beth Gibbons z Portishead. O ile jednak w „Sour Times” był to krzyk zranionej osoby, u Archive słyszymy metafizyczną samotność i alienację. Bolesną świadomość, że każdy z nas jest niedostępną wyspą. Szorstki, przeszywający wokal Pollarda Berriera sprawia, że to utwór o sile dorównującej słynnemu „Again”. Od pierwszego odsłuchu stał się moim faworytem.

Płyta wciąga. Wspaniale brzmiący „Look At Us” działa jak zaproszenie do transu, potęgowanego przez niesamowity, wysoki żeński wokal, który skojarzył mi się z operową arią Divy Plavalaguny z „Piątego elementu”. Te hipnotyczne wibracje i błagania, by „dać radę” i „nie upadać”, brzmią bezbłędnie. Z tego letargu wyrywa nas „When You're This Down” –  dramatyczne, mroczne disco, o tym, że przygnębienie zmienia nam percepcję i póki "nie wytrzemy cieni" będziemy błądzić. 

Dużo emocji ma „So Far From Losing You”. Zaczyna się niczym strumień świadomości – gorzka wyliczanka o świecie pozbawionym miłości (bądź takiej, która przyniosła jedynie ból) – by nagle przeistoczyć się w wyznanie, że owo uczucie to „szczęśliwe przekleństwo”. Jest w nim tortura, ale i błogosławieństwo; ciemność, ale zarazem jedyne światło, którego w żaden sposób nie potrafią oddać słowa. Wystarczy usiąść i patrzeć na taniec ukochanej osoby. Kompozycja wspaniale narasta, a przy mantrowo powtarzanych słowach „trans, trans” słuchacz niemal rozpływa się w innej rzeczywistości. Chwilę po nim uderza „Wake Up Strange” – chłodny, mechaniczny utwór w duchu Kraftwerk, opowiadający o niemożności wybudzenia się z własnej paranoi i porankach, w których czujemy się wyobcowani z własnego życia.

„City Walls” niesie ze sobą rozczulające przesłanie: choć jesteśmy uwięzieni w trybach systemu i biurokracji, to dopóki stanowimy wspólnotę, nasze życie ma sens. Razem jesteśmy silni, a bezduszny aparat „nic nam nie zrobi, bo wtedy przegra”. Zaraz po nim rozbrzmiewa rozedrgany, hipnotyczny „The Love The Light”, bezpośrednio nawiązujący do estetyki „Amnesiac” Radiohead, oraz „Shine Out Power” – wyznanie całkowitej bezsilności. Powtarzany w nim refren „Jest za ciężko” brzmi niczym mroczna apoteoza rezygnacji.

Udaną kulminacją albumu jest rapowany „Heads Are Gonna Roll”. To gęsty, niepokojący słowotok, w którym poznajemy przerażającą wizję odhumanizowanego świata. Tytułowe "polecą głowy" to zapowiedź ostatecznego zniewolenia, w którym nie ma miejsca na autonomiczne myślenie, a każdy „inny” okrzyknięty zostaje szaleńcem. Cyfrowa niewola, ukryta pod płaszczykiem technologii, zabiła naszą prywatność i wyparła z nas empatię. Osunięci w przepaść własnego ego, wyrzuciliśmy serca do oceanu. Zachowujemy się jak zaprogramowane maszyny – nie umiemy już ze sobą rozmawiać ani dostrzegać potrzeb drugiego człowieka.

Zwieńczeniem płyty jest „Where I Am”, utwór zatapiający słuchacza w podwodnym, sennym klimacie, na wzór „Pyramid Song” Radiohead. To monumentalne wołanie o sens w obliczu wszechogarniającej bezradności. Pytanie „Jak odwrócić urazę?” powraca wielokrotnie niczym refren bez wyjścia. Całość brzmi bardzo filmowo, nieustannie narasta, aż w końcu wszystko dosłownie rozpada się na kawałki, ostre szkiełka i pojedyncze cyfrowe bity – jedynki i zera.